Na lotnisku wieje jak w piekle.
Przebiegłem się dziś spokojnie na dystansie 11 km. Do biegu zmobilizowała mnie piękna pogoda, obserwowana zza okna.
Kiedy rozpocząłem mój rejs, temperatura wraz z wiatrem, a może właśnie ten wiatr udowodniły mi że lekko nie będzie.
To właśnie ten przenikliwy, zimny, dotykający swymi palcami kości, wiatr. Rozwiał moje marzenia o spokojnej, słonecznej przebieżce. Spodziewając się spokojnego biegu, szykuj się na wojnę ze sobą. Tak i tym razem. Kiedy wyszedłem za zakręt, za wiaduktem wiatr wiał mi trochę w plecy, lekko z boku. Żądał pokory, ofiary, i wiedział że oddam wszystko. Przeszło mi oczywiście przez myśl żeby skrócić wyrok. „Pójdę” pod wiatr, to tylko 1,5 km. Zdecydowałem że nie odpuszczę, biegnę do końca bo nie ma znaczenia czy przedrę się przez lotnisko teraz czy później.
Pogoda jak w kalejdoskopie, śnieg i słońce na przemian, tylko ten okrutny wiatr był wciąż taki sam. Żałowałem że bluzę jaką Mikołaj mi sprezentował zostawiłem do prania – tak to był błąd. Czuję się jednak bardzo dobrze.
Dziś miałem okazję w towarzystwie 3 dzieciaków (no Żankloda już liczę) odwiedzić park botaniczny. Utworzę galerię z tego wydarzenia ?
