Czyli … jezioro łabędzie

Czy moje bieganie można porównać do jakiegokolwiek zgrabnego, zwierzęcego, pełnego gracji ruchu, jak skok tygrysa choćby żaby.

Pewnie na pierwszych kilometrach jeszcze udaje mi się przebijać atmosferę i nie przypominać padaczki u pasikonika. Inaczej jest na ostatnich metrach, do tego dochodzi w jednym suchość w ustach i ślinotok w jednym – CDU (tej licencji nie sprzedajemy). Dziś jak co dzień, musieliśmy załatwić kilka ważnych spraw co oznacza, że biegam już po zmroku ?

I co z tego ? dziś postanowiłem zmienić starą, spróbować nową. Pobiegłem koło fish zakładu, w kierunku „flagi” jak na początku było fajnie, po trawie. Kiedy zaczęło się błoto, rozpoczął się taniec łabędzi po księżycu. No Czajkowski to byłby w niebo wzięty – chyba że jest, to ponownie -. Bieg wygląda tak ze stopa zapada się w błoto, odruch bezwarunkowy, wymusza żeby ratował nogę, oczywiście nie mogę tego zrobić, but zatopi się w błocie czy tego chcę czy nie, ale … czuje się jak bym biegł po księżycu. Wszędzie kratery po uderzeniach, w katerach woda, omijam je puki mogę. Staram się żeby kontakt z podłożem był, najkrótszy jak to tylko możliwe, zaklinam rzeczywistość aby stać się lżejszym, albo … grawitacja.

Buty uwalone błotem, nie udało się zrzucić wszystkiego biegnąc po asfalcie, nogawki mokre i nakrapiane.