Czyli jak przebiec 21 km po lesie i się nie nudzić.

Zamiast koszyków na grzyby, do Harrahowa zabraliśmy klasycznie 6 walizek, wózki, poduszki, plecaki, buty. Owoce i jedzenie, które miało zniknąć w trakcie wycieczki też z nami dojechało. W sumie skąd grzyby o tej porze roku ?

Przyjechaliśmy z samego rana jeszcze przed rozpoczęciem doby hotelowej. Ku mojej uciesze i w ramach wczesnego treningu, pokój dostaliśmy na 2 piętrze, kilka wąskich zakrętów, wąskie schody pozytywnie wpływały na moją kondycję.

Czeski hotel, cichy spokojny … czego nie mogę powiedzieć to jak smakuje śniadanie bo nie miałem szans go zjeść, a śniadanie to najważniejsze jedzenie dnia 😊

To dzięki Michałowi popełniłem tą przyjemność, i to on musiał wytrzymać moje towarzystwo przed jak i po biegu, o w trakcie nawet nie wspomnę.

Nawet słabe piwo w dobrym towarzystwie smakuje wybornie. Mam nadzieję że następnym razem będę mógł wypić je spokojnie przy stoliku.

Harrahov zaskoczyło mnie brakiem maszyn z kulkami niespodziankami, ciupagami, jednym tylko kebabem … no co … to nie Polska wiem, ale blisko granicy. Ciekawe czy zmienia się to w sezonie zimowym. Jest to zapewne czas „oblężenia” i właśnie tak było tego dnia.

Spokojnie korzystałem z towarzystwa Michała, spokoju biegania za Żanklodem i piciem piwa na raty nie wiedząc co nas czeka.

W końcu zmęczyliśmy się tym bezruchem, ja jako pierwszy z mniejszą Hubą udałem się w drogę pod skocznię, gdzie spodziewałem się odebrać pakiet startowy…. Nie dotarliśmy pod skocznię ponieważ kolejka po pakiet kończyła się daleko na ulicy.

Najdłuższa moja kolejka od 1989 roku. Staliśmy w niej dobrych kilka godzin, heroizmem wykazała się Ela z Hanią, które nie zdezerterowały i stały na posterunku razem z nami. Na sam koniec to Michał pomógł, a Żanklod nie rozwalił namiotu.

Padało kilka razy, typowy miły letni deszcz, nie robiły się kałuże, a z daleka wyglądało nie zapowiadało trasy w błocie.

Jak zawsze przed startem emocje, pozytywne napięcie, oczekiwanie na przygodę, którą długo się zapamięta, walka i konkurencja. Walka ze sobą, swoimi słabościami, „fajnie pod górę, średnio w dół” 😊. Kiedy spoglądałem jako widz na pierwszych zawodników zauważyłem, że po wbiegnięciu na część skoczni, „zbieganie” jest dość widowiskowe, powolne, szybkie, różne.

Sam przekonałem się dlaczego. Jak wbiec nie był problem, tak zbieganie odbywało się na zasadzie oddziaływania sił tarcia i grawitacji. Ślizg po błocie i trawie w dół na złamanie karku 😊. Zbiegi zawsze mnie bolały 😊

Przyjęliśmy tempo spokojne, konwersacyjne, zgodnie z planem biegliśmy razem. Michał wykazał na trasie wysoki poziom nie tylko kultury osobistej, którą wymagał również od innych zawodników ale żelazną zasadą … kijki do dołu. Wydaje mi się, że przydały mu się wyjątkowo dobrze. Zachęcił mnie tym samym do kupienia sobie jednego egzemplarza.

Rzeka, rzeczka, potok … wypomniałem Michałowi po wielokroć, że mieliśmy przebiegać przez rzekę 😊 ale nie po rzece. Było to bardzo fajne doświadczenie, z chęcią to powtórzę. Nie każdemu jednak podróż przez rzekę się równie podobała. W miejscach gdzie nie można było bez pomocy siatki wyjść z koryta, stwarzały zatory i niepotrzebne emocje w związku z tym. Najważniejsza zasada, którą szybko wyłożył mi Michał. „Elita biegnie pierwsza”. Zawodnicy biegnący na czas, chcąc osiągnąć jak najwyższe miejsce.

Punktów Rege było chyba dwa. Zaopatrzone w wodę izotoniki, wafle, czekoladki, żele. Zakończyłem bieg najedzony z niezużytymi żelami. Jeśli może komuś przeszkadzać wielość posiłków po drodze to ten bieg bardzo go rozczarował.

Pakiet startowy zawierał – i tu zdania są podzielone. Michał dostał koszulkę, której brakowało w moim zestawie. Czy pakiety różniły się od siebie w zależności od rodzaju biegu też nie wiem.

Przygotowanie i technologia wydawania pakietów była męczarnią, która przygotowywała nas na to że nic gorszego nas nie spotka.

Świetne towarzystwo i uroki trasy zniwelowały wszelkie przeszkody, górki.