Jak w wielu sytuacjach największe przygody mogą zacząć  się od słów … „potrzymaj mi piwo”. Chwilę po tym następuje po szereg wydarzeń jedno po drugim, które na wiele lat zmieniają nasze życie … jak uderzenie skrzydeł motyla. W sumie w tym przypadku bardziej słonia.

Zapisałem się na bieg organizowany przez Fundację MARATONY GÓRSKIE. Zapłaciłem za bieg w tym za koszulkę. Fatum przeznaczenie spowodowało, że koszulka okazała się być koszulką dla kobiety 😊.

Przydała się pobiegłem w niej, na plecy zadarłem również przetestowany w warunkach polowych strój począwszy od getrów, przez spodenki jedną bluzę termiczną oraz bluzę z kapturem.

Michał pożyczył mi raki o rozmiarze L, co okazało się na dalszych kilometrach dość nieudany zestaw.

Jak mam stopy duże, a buty jeszcze większe tak rozmiar L okazał się być zbyt duży, co skutkowało spadaniem raków w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Zarówno podłoże: śnieg, lód, korzenie, jak i temperatura powodowały konieczność poprawiania, odnajdywania w śniegu. Ściągnąłem je w pewnym momencie i schowałem do kieszeni, od tej chwili każdy krok zabierał mi siłę tak potrzebną do ukończenia tej eskapady ☹.

Michał wykazał się w przeciwieństwie do mnie daleko idącą wiedzą i zapobiegawczością, zabezpieczył nas wszystkich w raki. Tym razem się nie udało, chwała mu za to że o tym pamiętał.

Doświadczenie kilku wybiegów na parafii pozwoliło mi dobrać sprzęt do temperatury około 7C. w Karłowie, Górach Sowich okazało się że to nie wystarcza. Komin i kaptur sprawowały się bez najmniejszego zarzutu, chyba że zapomniałem go wciągnąć na szyję 😊

Przydała by się kurtka inna niż ta, na moich zziębniętych plecach. To następnym razem należy zmienić. Wraz z butami osłoniętymi aby nie przemakały ! Zdecydowanie dobrym pomysłem było kupić rękawiczki, które można używać z odsłoniętymi palcami i dowolnie w zależności od potrzeby. Powoduje to  że łatwiej jest zrobić kilka fotek.

Za każdym razem przed długimi i ważnymi biegami przygotowywałem się kulinarnie, starając się dostarczyć wystarczającą ilość węgli czy białka ? tym razem zdecydowanie brakowało mi siły. Dwa żele pomogły wrócić mi do równowagi na kilka chwil, do tego czekoladowy batonik … 😊 zupełnie zamrożony. Gryzłem go i czekałem aż rozpuści się do stanu w którym można go zjeść.

Przygotowanie do biegu powinno zakładać dietę zrównoważoną, w ostatnich dniach opartą na węglowodanach. Ela się na tym zna.

Spaliśmy niewiele i z przerwami.  W dniu startu wstaliśmy o godzinie 06:00 aby bieg rozpocząć o 07:00, mój najwcześniejszy start, jeszcze w ciemnościach. Na trasie wyłącznie śnieg, lód i dla odmiany lód i śnieg. Atakują z góry, łaskawie oplatając nas całunem zimnych chmur, łaskocząc po kostkach śniegiem wzbijanym przez buty, spadające z niskich krzewów, lub głębokich zasp.

Wyjątkowo uciążliwym dla mnie zadaniem było biegnięcie wąską ścieżką miękkiego śniegu, kiedy rozebrałem raki spotęgowałem zjawisko ślizgania. Wymusiłem na organizmie włożenie większej pracy i siły aby ocalić siebie. Oczywiście nic za darmo, straciłem bardzo dużo siły, moje morale spadało z kilometra na kilometr. A przede mną pozostały schody na Szczeliniec. Schody oblodzone zdecydowanie nie poddawały się i do końca utrudniały walkę o każdy oddech, zimno okazało się paraliżujące. Ogarnęło mnie  w całości, zjedzenie kilku cukierków na górze było dobrym pomysłem ale tylko na chwilę.

Wróciłem do Zajazdu Karłów zmęczony i zziębnięty jak nigdy wcześniej, dobrych kilkanaście minut zdecydowanie krajobraz „Lodu” Dukaja.

Zwieńczeniem było użycie Stravy – okazało się że Garmin „padł” coś koło 10 – 15 kilometrów po odpaleniu. Postawiłem na Stravę. Dobrze oznaczyła trasę lecz zupełnie pogubiła się z czasem. w najbliższym czasie zaplanowałem umieszczenie na swojej stronie internetowej mapy najważniejszych biegów w rolce.