30 kilometrówka.
jest już za mną. Nawet dwa razy, pierwszy raz przebiegłem w Masywie Lesistej Wielkiej i Małej. 30 kilometrów lasem, czas operacyjny …
3godz. 58min 39sek. Dzisiaj czas zupełnie inny z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy, nie biegłem w górach. Jak wspominam bieg w Mieroszowie jako ogień w łydkach, krach systemu, zatarcie silnika mięśni pod jedną z górek. Nie spotkany wcześniej ból stawów i świetne towarzystwo.
Dziś zgoła odmiennie, biegłem w miarę luźno, w większości po płaskim, próba utrzymania stałego tępa pozwoliła na dobry czas w półmaratonie.
30 zakończyłem w dobrej kondycji ? po zmyciu z siebie trasy, deszczu potu. Po ubraniu się, poczułem zmęczenie materiału. Nie jak poprzednio, nie było tak ostro, ale boli, nawet teraz czuję jak sztywnieją mi mięśnie.
Jak wybiegałem spodziewałem się deszczu, niestety się nie zawiodłem. Deszcz nie był uciążliwy ale przy II pętli na torze partynickim zacinało zdrowo. Mimo tego temperatura była odpowiednia, ciało rozgrzało się i nie zmarzło. Zdecydowanie sukces muszę w sporej części oddać Eli, która przygotowała super obiad. Czułem że energia jaką mam w sobie spokojnie pozwoli zakończyć bieg.
