Zabiegany listopad
Jak w wielu przypadkach, tak i teraz przygoda zaczyna się niepozornie, zagląda przez dziurkę od klucza. Udaje że nic się nie dzieje, nie musisz na nią zwracać uwagi bo nic spektakularnego się nie wydarzy. Taka była właśnie wiadomość od Michała „jadę z Norbim do Berlina na maraton”… mamy rezerwację hotelu. Wtedy nie wiedziałem, że już powinienem się szykować, że Michał wprowadza mnie jak zawodowy „kołcz” do wyzwania które dla tego „Pierwszego” skończyło się śmiercią (chyba do dziś nie wiadomo jak nieszczęśnik się nazywał). Nastąpił ten dzień, huknął ciepłym wiatrem, przywitał codziennością poranka pełnego bieganiny, budzenie dzieci, pościg w korkach aż do Grabiszyńskiej.

W pracy „bierzączka” przygotowywania przetargów, uzupełniania raportów i… a co tam. – Michał zdecydowałem się … co mam zrobić i ile mnie ro będzie kosztowało. Michał okazał mi wszelką możliwą pomoc, jednak droga do Berlina nie okazała się być usłana różami. Organizator imprezy nie był w stanie, sprostać procedurom formalnym. Należało zgodnie z instrukcją pojawić się w Berlinie w odpowiednim czasie, dzień przed rozpoczęciem imprezy. Pierwotny plan Michała dojechać do Berlina pociągiem, nie przetrwał kalkulacji kosztów i wspólnie z samego rana dzień przez imprezą ruszyliśmy A4 w kierunku granicy. Przejście graniczne obstawione i pilnowane, układ z Schengen czasowo zawieszona. Przejazd odbywa się płynnie (bo jest bardzo wcześnie rano) jednak z niewielką prędkością. Wartownicy obserwują i wybrane samochody są zatrzymywane do kontroli. Emocje jak na grzybobraniu, przekraczamy granicę w tempie w jakim nie zdarza mi się biegać, kurs Berlin.

Pierwsze wrażenie to … jestem we Wrocławiu. Trafiliśmy do części tak bardzo podobnej, ten sam czas odbudowy, podobne rozwiązania komunikacyjne. Hotel pamiętał jeszcze czasy żelaznej kurtyny, w powietrzu unosił się zapach tajemnicy i jednocześnie spokoju, niemieckiej dokładności. Drewniane schody, podwójne drewniane okna w wysokich pomieszczeniach. Pakiety startowe można było odebrać na lotnisku „polskich porywaczy”. Z uwagi na bliskość z polskimi granicami stanowiło pierwszą opcję na lądowanie porwanego jeszcze w polskiej przestrzeni powietrznej samolotu „Landing On Tempelhof”.

Tam miał się rozegrać ostatni akt sztuki „Pakiet Startowy 50 Berlin Marathon”. Nauczony lub bardziej skrzywiony polskimi standardami dopuszczałem myśl, że będę kibicował Michałowi samodzielnie przemierzającemu ulice Berlina. Żadne zaklinanie rzeczywistości na tej szerokości geograficznej nie działa, tam liczy się porządek. Pakiet udało się finalnie przepisać. Niewielki kawałek papieru z kilkoma cyframi i imieniem a tyle szczęścia.
Pierwszy maraton w moim życiu okazał się być bliżej niż kiedykolwiek.
Między odbieraniem pakietów, jedzeniem i spaniem zwiedziliśmy niewielką część Berlina. Michał ze spokojem na jaki mnie nigdy nie stać, nawigował z niewielką pomocą smartfona. Mieliśmy okazję przejechać się Poranek przywitał nas chłodem późnej jesieni a może wczesnej zimy, rześko przewiewnie. Plan ubrania się wyłącznie w krótki rękawek okazał się być nie do zrealizowania. W perspektywie wyczekiwanie w strefie, na rozpoczęcie biegu wydawało się być planem szaleńca … w sumie jak wszystko do tej pory. Michał przekonał mnie do tego żeby ubrać się ciepło, zabrać ze sobą bluzę, coś na plecy. Już po wyjściu przed hotel doceniłem, pomysł. Było zdecydowanie zimno, na każdej otwartej przestrzeni, każde skrzyżowanie to cięcie zimnego sopla. Poranne tortury, szepty zimnego wiatru niewinnie przenikające pod rękawy. Dobrze zrobiłem, bluzę stracę, ale podróż na start upłynie pod znakiem komfortu jaki za chwil kilka zmieni się w walkę ze sobą, z własnymi błędami.

Błędem była zgoda na strefę dla osób biegających zdecydowanie wolniej niż ja. Klasyka naszych wyścigów, wyprzedzanie zawodników jest energetycznie kosztowne, nieumiejętność dłuższego biegnięcia poza swoją strefą tętna dewastuje pomału nogi. Kolana, kilometr po kilometrze bolą coraz bardziej, wrażenie blokady stawów jest wszechobecne. Po 40 kilometrze każdy krok to cios za ciosem, tępy ból promieniuje w kolanach, przypomina mechanizm który za chwilę ostatecznie się zatrze, odmówi posłuszeństwa raz na zawsze. Niespodziewany ratunek to … chód. Zwolniłem przy podejściu do punktu regeneracyjnego, napiłem się wody, ta chwila odpoczynku okazała się być tamą na fale cierpienia. Kolejne metry, kilometry okazały się być znośne.
Dzięki Michałowi miałem szansę zobaczyć na własne oczy wycinek z organizacji biegu na ponad 50 tys. osób. Na własnej skórze poczuć międzynarodową imprezę tak wielkiego kalibru. Przeżyć coś co dla biegacza amatora jakim jestem, było wydarzeniem bez precedensu.
